quady motocykle skutery wodne

LOGOWANIE
Login:
Hasło:
 quady motocykle skutery wodne
SZUKAJ
Wpisz szukaną frazę:


Turystyczno-extremalnie w Rumunii
- Krzychu, jak porysuję quada, to masz przerąbane – tak skomentowałem pomysł wyjazdu na rekreacyjną wycieczkę do Rumunii.
- Nic się nie martw, będzie lajtowo i urokliwie – z przekonaniem i wiarygodnie, skłamał ekstremista off-road’owiec, szykując jednocześnie plan zgładzenia mnie.

Jak ja się dałem w to wciągnąć? Poobijane żebra, wybity palec, podkrążone oczy i … rysy na quadzie, przypominają mi, jaką przeżyłem apokalipsę. Ale po kolei, drodzy czytelnicy, krok po kroku zrelacjonuję Wam genezę zbrodni doskonałej. To był mord na moim strachu, moich przekonaniach oraz moich uprzedzeniach. Zginąłem po wielokroć, a jednak nadal żyję i opowiem jak było naprawdę.

Z wizytą u niedźwiedzi i wilków w środku nocy

Piątkowe wczesne popołudnie. Quady zapakowane, sprzęt przytroczony, dokumenty w porządku i kanapki na drogę. Ruszamy. Kilkanaście godzin jazdy, rozmowy o niczym, nocleg w węgierskiej agroturystyce. Właściwie nic ciekawego, dłużyzny. Lekka rozgrzewka na granicy rumuńskiej, coś z numerami homologacyjnymi jednego z quadów oraz zdziwiony wzrok pograniczników na widok lin, maczet, saperek, przy jednoczesnej deklaracji czysto turystycznego wyjazdu. Około piętnastej dobijamy do podnóża gór Karpat, w  miejscowości Baia Mare. Za trzy godziny będzie ciemno, więc porzucamy auto pod przygodnym hotelem, wrzucamy graty na quady i rura na północ.



No i zaczęło się.. Zaprawiony w bojach Krzysiu, dosiadłszy swego rumaka już na pierwszych stu metrach asfaltu, miał 100 na zegarze. Przyjąłem, więc pozycję embrionalną, trzasnąłem przyłbica kasku i ruszyłem w pogoń. Kiedy on na zakrętach ustawiał GPS’a, podziwiał widoki i zabawiał mnie rozmową przez komunikatory, ja zmieniałem pampersy i demonstrowałem licznym pieszym lokalesom, wszelkie możliwe figury gimnastyczne, poprawiające aerodynamikę prowadzenia pojazdu. Miałem wrażenie, że siła odśrodkowa na zakrętach, pościąga mi opony z felg. Ta szaleńcza jazda trwała kilkanaście minut. Z nadzieją w oczach, dostrzegłem koniec asfaltu i początek szutrowej drogi. Jednak zamiast zwalniającego quada Krzysia, zobaczyłem tuman kurzu, znikający za pierwszym zakrętem. O w mordę, on nawet na milimetr nie odpuścił cięgna gazu. Kiedy mój przewodnik w najlepsze bawił się driftem na ostrych zakrętach, waląc środkiem drogi, ja omijałem ostrożnie większe kamyki, trzymałem się prawej strony i zwalniałem przy krzyżówkach. Krzychu, w ramach desperacji, dał mi prowadzić. W rewanżu już na drugim rozwidleniu, pomyliliśmy drogi. Koleiny porastała trawa, gałęzie uderzały po kaskach, a niedźwiedzie i wilki nawoływały się na kolację. Potem rozpoczęły się rozpadliny, przewrócone drzewa i osuwiska skalne. Do tego wszystkiego zaczął zapadać zmrok. No to pięknie, o takiej wycieczce marzyłem. Wpuściłem nogawki w buty, żeby mi coś ze strachu nie wypadło i rżnąłem twardziela. Upewniłem się, że maczeta jest pod ręką i sprawdziłem zapasy leków nasercowych. W tym czasie Krzychu przelatywał przez pierwsze powalone pnie. Gdzie on tego quada nauczył tak latać? Rozpadliny brał na pełnym gwizdku, a osuwiska omijał, robiąc objazdy przez strumienie i wspinając się po zboczach. Niedźwiedzie przyglądały się z zarośli z niemałym szacunkiem, a wilki z niedowierzaniem. Drapieżniki czyhały aż słabsza sztuka padnie, ale mój Przewodnik ciągle litościwie wlókł mnie za sobą. Dawno nie byłem tak ze … stresowany. Kiedy droga zaczęła się klarować i poczuliśmy twardszy i wyjeżdżony grunt, Krzychu stwierdził:
- Fajna rozgrzewka, mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Po tych słowach, chciałem do mamy.
Pierwszy pensjonat, w miejscowości Sapanta, powitaliśmy z ulgą. Byliśmy uratowani.





Rumuńskie drogi

Można napisać cały elaborat na temat dróg w tym pięknym kraju. Ograniczę się jednak do kilku istotnych spostrzeżeń. Drogi czasami są, a czasami ich nie ma. Pojawiają się na mapach, ale w rzeczywistości nie są już uczęszczane, bo rzeka wyrwała kawałek zbocza i przejazd staje się niemożliwy. W ten sposób powstają kolejne objazdy, wijące się na setki sposobów. Planując trasę, nie można być pewnym jej przejezdności. Szeroki asfalt, równy i z namalowanymi osiami jezdni, w pewnym momencie kończy się i płynnie przechodzi w drogę gruntową. Niektóre drogi szutrowe są bardzo równe i szerokie (nawet cztery pasy ruchu), ale strasznie się na nich kurzy, a jazda w kolumnie nastręcza wielu problemów. Wtedy pozostaje zachowanie kilkusetmetrowych odległości. Momentami drogi są wyboiste i umożliwiają bezstresowy przejazd jedynie pojazdom o wzmocnionym zawieszeniu. Wyjątkiem jest Dacia, która wjedzie wszędzie i do tego na łysych oponach.



Oddzielny rozdział to drogi górskie. Wymagają dużych umiejętności od kierowcy i dobrego sprzętu. Są kamieniste, często prowadzą przez koryta strumieni, a na terenach leśnych, towarzyszą im głębokie koleiny. Pomimo tych niedogodności i słabej jakości, drogi te, mają też wiele zalet. Można jeździć absolutnie wszędzie, bez żadnych ograniczeń, przez lasy, pola, rzeki. Nikt nie zabrania przejazdów. Obecnie buduje się w Rumunii wiele nowych dróg i asfaltuje dotychczasowe szutry. Powstaje wiele przepraw przez rzeki, które intensywnie są regulowane. Za kilka lat ten kraj zupełnie zmieni swoje oblicze od strony infrastruktury drogowej.



Kierowcy rumuńscy, jeżdżą powoli i ostrożnie. Ruch jest niewielki, nawet w bardziej rozwiniętych rejonach kraju. Policja pojawia się głównie przy uczęszczanych szlakach, na bezdrożach nie ma mundurowych..

Na quadach byliśmy panami wszelkich duktów. Na szutrach nie mieliśmy sobie równych, na asfaltach spokojnie wyprzedzaliśmy ciężarówki. Krzychu nawet ścigał się z osobówkami, często z powodzeniem.

Brakuje dokładnych map Rumunii, a te dostępne, często różnią się od siebie. Mapy w GPS też nie oddają stanu faktycznego.

Rumunia to absolutny raj dla off-road’owców!!!



Kraina urodziwa, zachwycająca i tajemnicza

Turyści są naszpikowani atrakcjami, rodem z Europy zachodniej. Znamy doskonale zamki nad Loarą, włoskie Pompeje czy przereklamowaną wieżę w Pizie. Kto jednak słyszał o kolorowych monastyrach, chłopskich zamkach, wulkanach błotnych czy żywych skansenach? Nie znamy tego kraju, a tymczasem na każdym kroku zaskakuje nas cudami natury, przedziwną architekturą i ludzką życzliwością.



W miejscowości Barsana, znajduje się największy drewniany obiekt Europy (blisko 60 m). Wieża wybudowanej cerkwi, to dowód kunsztu cieśli z Maramureszu. Efekty ich mistrzostwa, udoskonalanego od setek lat, znajdują się wszędzie, pod postacią pięknych drewnianych domów, monastyrów, czy zdobionych bram.





Na terenie Bukowiny, widzieliśmy wspaniale zachowany monastyr, z bogato zdobioną cerkwią w środku. Ten klasztor został wzniesiony na początku XVI wieku, a kolorowe malowidła, zachowane do dzisiaj, oddają ducha tamtych czasów. Zabudowania gospodarcze w otoczeniu zieleni i kwiatów, tworzą niemalże klimat bajkowy. Takich obiektów w Rumunii są dziesiątki.
Elementy tamtych krajobrazów, to także żyjące skanseny. Nie mniej interesujące od budynków sakralnych. Stare domy, w kiepskim stanie technicznym, wciąż zamieszkałe, bez prądu i bieżącej wody. A przy tym czyste obejścia, drewniane płoty i fatalne drogi dojazdowe, sprawiają, że wygląda to wszystko jak sceneria do filmu, oddającego czasy z przełomy XVIII i XIX wieku. Ludzie ubrani w tradycyjne stroje, czarne suknie i chusty u kobiet i zdobione koszule i charakterystyczne kapelusze u mężczyzn. Do dzisiaj podstawowym środkiem lokomocji jest koń i furmanka. Widzieliśmy też zaprzęgi, ciągnięte przez krowy lub woły.



    W Rumunii nie trzeba szukać pięknych widoków i ciekawych miejsc, zdjęcia można robić z biodra, z zamkniętymi oczami i tak wyjdą świetnie. W odległości 500 m od głównej drogi asfaltowej można podziwiać przestrzeń, góry, gęste lasy i strumienie. Namiot można rozbić wszędzie, pamiętając o poczęstunku dla niedźwiedzi i wilków, aby nie budziły was po nocy.



Przygody dla ekstremistów

    Krzysiu przez całą wycieczkę szukał wyzwań. Wbijał się w każdą ścieżkę, która wyglądała podejrzanie. Nie było to trudne, bo tam wszystkie ścieżki są nieodgadnione i nieprzewidywalne. Jadąc na azymut, do wyznaczonego punktu, dowolnie wybieraliśmy dróżki, obserwując jedynie szczyty, planując ich objazd. Kamienie na drogach miały średnicę kilkudziesięciu centymetrów, w poprzek leżały kłody zwalonych drzew, a miejscami złowieszczo wystawały powyrywane ostre korzenie. Smaku dodawały koleiny, w których mógł się schować cały quad. Jak do tego dodamy padający deszcz i rwące potoki, to mamy obraz z marzeń każdego off-road’owca. Miejscami musieliśmy wspomagać się wyciągarkami, wciągając jeden drugiego, na zmianę. Buty ślizgały się na głazach, potykaliśmy się o ruchome kamienie i kłody. Niekiedy, przy ataku na większą przeszkodę, pojazdy stawały dęba lub kładły się na boku. Wszystko było brudne od błota i śliskie. Buty okazały się nie być wodoodporne. Nasze Polarisy, zapakowane w cały dobytek, mocno przeciążone na tylnej osi, sprawiały nieco kłopotów przy atakowaniu dużych nierówności. Krzychu nie dostrzegał większości przeszkód, przelatując nad nimi lub obok. Jego XP’ek drwił sobie z siły grawitacji, skacząc jak piłka lub też korzystał z magnetyzmu Ziemi przy trawersach. Moim zdaniem jeździł po pionowych ścianach i wdrapywał się po drzewach. Ja w odróżnieniu, szanowałem każdy kamień i poświęcałem mu maksimum uwagi, do kolein podchodziłem jak do szachów, dając sobie czas na przemyślenia. Moją specjalnością były trawersy, które pokonywałem, wisząc obok quada, bądź trzymając się pobliskich gałęzi.



Bardzo przydatne okazały się komunikatory, które w takich warunkach mogą wręcz uratować życie.
Wspinałem się na jedną z kolejnych górskich ścieżek, analizując każdy centymetr kwadratowy przestrzeni przed pojazdem. Z niewielką prędkością najechałem na wystający pień drzewa. Quad powoli uniósł się do góry, zastanawiając się, co dalej ma zrobić? Postanowiłem w krótkich żołnierskich słowach, poinformować Krzysia o przebiegu zdarzenia:

- Krzysiu, o k…a lecę – zameldowałem służbowym głosem.
Mój tropiciel właśnie zajęty był analizowaniem danych z GPS’a, więc spokojnie i z rozwaga poradził:
- Dobra, leć – w przekonaniu, że właśnie planuję wyprzedzić go i dalej penetrować górskie szlaki.

Zgodnie z sugestią bardziej doświadczonego kolegi, postanowiłem polecieć. Kurczowo trzymając się kierownicy, pociągnąłem quada na siebie. To były ułamki sekund. Kilkaset kilogramów, złowieszczo zatrzeszczało nade mną. Poczułem uderzenie w plecy i olbrzymi ciężar. Maszyna chciała przetoczyć się po mnie, ale zaparłem się nogami o stopnie i zatrzymałem kolosa nad moją głową. Zdążyłem resztkami powietrza w płucach wyrzucić z siebie:
- Nic mi nie jest, nic mi nie jest, żyję.



Wtedy Krzychu zatrybił, co się stało i z prędkością światła znalazł się przy mnie. Podtrzymał quada, dając mi możliwość wyczołgania się. Kiedy uwolniłem druga nogę, myśląc o treści modlitw dziękczynnych, w które się zaraz zagłębię, usłyszałem rzeczowe pytanie:
- A gdzie foty? Leć po aparat.
- Krzychu, k…a ja w szoku jestem – zawołałem z wyrzutem.
- No dobra, sam pójdę – zgodził się z troską w głosie.



    Wtedy nie myślałem, czy cos mi się stało? Patrzyłem zrozpaczony na sterczące koła mojego Polarisa XP 850 Limited Edition Globtroter w kolorze złoty metalik. Pomyślałem, że sobie nie daruję tej nieuwagi, jeśli okaże się, że porysowałem sprzęta lub jeszcze gorzej, złamałem lusterko. Moje obawy zmieniły kierunek, gdy poczułem narastający ból w żebrach, a ręka zaczęła mi drętwieć. Okazało się, że pojazd wyszedł bez najmniejszego szwanku (żadnej rysy, lusterka całe), za to ja, ledwo nabierałem powietrza i straciłem czucie w lewej ręce. A zatem wszystko skończyło się dobrze. Krzysiu, przy użyciu wyciągarki, maczety i scyzoryka, postawił quada na koła. Ja ubezpieczałem jego poczynania wzrokowo.
     Dalszą podróż kontynuowałem z dużą ostrożnością, ograniczając jeszcze bardziej prędkość, co powodowało, że nawet jaszczurki i żaby brały mnie po zewnętrznej. Na szczęście po godzinie byliśmy już u celu.

Polskość w każdym domu

    Po ciężkiej przeprawie przez góry, która trwała kilka godzin, dotarliśmy do wsi, gdzie podobno mieszkała mniejszość Polska. Wypadliśmy z przydrożnych krzaków, z ryczącymi silnikami. Trafiliśmy na pieszego, ściskającego naręcze butelek z piwem. Podskoczył wystraszony, ale napój życia utrzymał. Z uśmiechniętymi twarzami, całymi w błocie, wesoło krzyknęliśmy:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – odpowiedział życzliwie nieznajomy.
- Ty, on super mówi po Polsku – stwierdziliśmy między sobą. Setki kilometrów od domu, na obczyźnie, w głębi Bukowińskich lasów, słyszeliśmy prawdziwą Polską mowę. To było wspaniałe.
- Od jak dawna tu mieszkasz? – Cedziłem słowa bardzo wyraźnie. Nie byłem pewny, czy wszystko rozumieją?
- Od dwóch dni – odparł krótko zapytany. Zamurowało nas.
- A skąd jesteś? – Dopytałem zdziwiony, niepewnym głosem.
- Z Dzierżoniowa, a Wy?
    Sprawa wyjaśniła się dość szybko. Był to jeden z muzykantów, którzy przyjechali na festiwal pieśni i tańca, organizowany przez Dom Polski.



Chłopaki poczuli się w obowiązku ugościć przybyszów z rodzimej Polski. Zamiast śledzić korzenie polskości, wylądowaliśmy w przytulnym pokoiku wesołej orkiestry. A tam wszędzie Polskość. Zagrycha na stole, szkło pełne kolorowych płynów i rozweselone twarze, pełne patriotyzmu i żądne podtrzymania tradycji. Wodzirejem był Waldek, który mimo 96 lat, polewał z barmańską precyzją. Życzliwi koledzy radzili, abyśmy pili szybko, bo „woda” ma takiego kopa, że po minucie rozpuszcza kieliszki. Uprzejmie wykręciliśmy się koniecznością dalszej jazdy, a gospodarze, nie tracąc czasu na namowy, osuszyli zagrożone naczynia, dosłownie w ostatnich sekundach przed ich destrukcją. Po krótkim pokazie regionalnego muzykowania, ruszyliśmy w poszukiwanie tej oryginalnej Polskości.



    Poiana Micului, to mała wieś, jedna z wielu, gdzie nadal słychać polski język od przeszło 200 lat. W ramach migracji w obrębie państwa Austrowęgierskiego, wielu osadników przeniosło się w te rejony. Na owe czasy Śląsk należał do tego samego państwa. Ci ludzie wciąż czują się Polakami, mimo, że lepiej mówią już po rumuńsku i mają rodowitych Rumunów w swoich rodzinach. Mówią z dziwnym akcentem, podobno sięgającym XVIII wieku. Wielu słów nie znają, a niektóre określenia mają niezrozumiałe dla nas. Brzmiało to jednak niczym piękna pieśń patriotyczna i chwytało za serce. Weszliśmy do pierwszego napotkanego domu, mówiąc, że jesteśmy z Polski i czy możemy porozmawiać? Przywitała nas młoda blondynka o słowiańskich rysach i z uśmiechem zaprosiła do środka. Pytaliśmy o wszystko, a oni opowiadali chętnie. To dumni ludzie i mimo wielu niedostatków, twierdzili, że żyje im się dobrze.
    Nie da się tych przeżyć opisać. To trzeba zobaczyć i poczuć. Zachęcam wszystkich, którzy zawitają do tego kraju, aby odwiedzili enklawy Polaków w Bukowinie.


Przygody duże i małe

    Ciekawe zdarzenia trafiają się zawsze, nawet, jeśli tego nie oczekujemy. Dodają uroku podróżowaniu i budują relacje. My mieliśmy tego pod dostatkiem.

    Właśnie wracaliśmy ze szlaku urokliwych kaskad, których tam nie było. Powodem był brak opadów. Przejeżdżają przez wieś, drogę zatarasował nam samochód, wyładowujący drewno przy małym tartaku. Grzecznie wyłączyłem silnik i poszedłem nawiązać konwersację z uśmiechniętym Rumunem. Po chwili stwierdziłem, że Krzychu zaginął, jego quad też. Zanim zacząłem się niepokoić, zobaczyłem roześmianego gospodarza, który gestykulując, pokazywał coś za sobą. Na tyłach posesji płynął strumień. Zbliżając się do wskazanego miejsca, uderzył mnie dość intensywny zapach zwierzęcych odchodów i wszechobecna breja, która szerokim jęzorem, wlewała się do strumienia. Kanalizacji to tam nie mają, pomyślałem. Jakież było moje zdziwienie, gdy na środku śmierdzącej breji, zobaczyłem Krzysia razem z quadem. Zassany po same ośki, nie był w stanie ruszyć nawet o centymetr. Wyglądał uroczo, bojąc się zejść z pojazdu, widząc, co go otacza. Zanim zadeklarowałem pomoc, poleciałem po aparat, aby uwiecznić ten pachnący fragment.



Miłym akcentem każdej wyprawy są pamiątki. Krzysiek postanowił zdobyć bardzo oryginalną. Przejeżdżaliśmy obok małego muzeum, gdzie znajdowały się wyroby regionalne dawnych mistrzów oraz inne wytwory natury typu: czaszki zwierząt, fantazyjne korzenie. Teoretycznie obiekt był nieczynny, ale nie dla nas. Wbiliśmy się uprzejmie na podwórko, widząc gospodarza w obejściu. Widząc naszą determinację, ustąpił i udostępnił całą ekspozycję. Raptem jedno małe pomieszczenie. Kiedy ja delektowałem się eksponatami, Krzychu w najlepsze negocjował zakup upatrzonego węża, wykonanego z korzenia. Na argument właściciela, że to rękodzieło i eksponat, w dłoni pasjonata, pojawiły się pieniądze, kustosz muzeum gwałtownie zmienił ideologię życiową i płynnie przeszedł do „wartości historycznej” węża. Od tej chwili, wąż, towarzyszył nam w całej wycieczce, kusząc pięknymi widokami Rumunii.



Nasze rumaki

Wielkie uznanie należy się też naszym niezawodnym pojazdom. Dwa Polarisy XP 850, zdały egzamin na piątkę. Po przejechaniu całego dystansu, nie czuliśmy zmęczenia. Opony Big Horn’y wytrzymały wszystkie przeszkody i zapewniały przy tym całkiem komfortową jazdę po asfaltach. Doceniłem też wysoki prześwit i szeroki rozstaw kół, dzięki czemu bezpiecznie brałem środkiem głazy i konary. Zużycie paliwa było sporym zaskoczeniem. Pojazdy paliły średnio 10l/100 km przy turystycznej jeździe, co dawało z zapasowym paliwem dystans blisko 400 km.





Recepta na udaną podróż

    Pobyt w Rumunii był fantastyczną przygodą z wielu powodów. Forma podróżowania dawała możliwość szybkiego przemieszczania się, dostępności do każdego zakątka i bezpośredniego obcowania z przyrodą. Krajobrazy jak z parków narodowych, z możliwością zajrzenia za każdy krzaczek. Ludzie życzliwi i uczynni. Jednak nadal niezbędnym składnikiem każdej przygody są towarzysze. Krzysiek okazał się wytrwałym kompanem. Wspólnie obieraliśmy kierunki, zachwycały nas podobne rzeczy i obaj mamy w sobie pasję poszukiwaczy i odkrywców. Wykazaliśmy się żelazną dyscypliną, wstając codziennie o 6.00, aby w pełni korzystać z całego dnia. Siedzieliśmy w siodłach aż do zmierzchu i żaden nie jęknął nawet raz na niewygody. Niechaj dowodem na determinację mego druha będzie fakt, że ostatnie 20 kilometrów przejechał z rozwalona oponą, tylko na trzech kołach. Stwierdził, że nie da się pokonać z byle powodu, tuz przed metą. Chętnie pojadę ponownie w takim towarzystwie, odkrywać nowe kraje.



Dzięki Krzysiu za wszystko.

Andy

_____________________________________

Galerie powiązane z artykułem:
Rumunia-2009
TransRomaniaTrophy
Enduromania 2009
Enduromania 2005




Komentarz do wiadomości: Turystyczno-extremalnie w Rumunii




Nikt jeszcze nie skomentował tej wiadomości

Enduromania 2009 Enduromania 2009 Enduromania 2009